Rozumiem, jeśli ci się nie podoba ten blog. Nie musi. Ale jeśli już tu wpadłeś i ci się spodobało, zostaw jakiś ślad po sobie w komentarzach, żebym wiedziała, że warto to pisać ;]

poniedziałek, 8 lutego 2016

Gdy sięgniesz dna...

  Wiem, że częstotliwość mojego pisania tutaj jest porażająca. Ale zapominałam. Do tego dłuuugo nie miałam internetu. Wiele się zmieniało... Jednak 2015 rok mogę uznać za jeden z udanych. Właśnie te zmiany wiele mnie nauczyły. Między innymi chodzenia z podniesioną głową, pewności siebie, świadomości własnej wartości etc. Niestety zapoczątkował też pewne negatywne zmiany, których apogeum nastąpiło w zeszły piątek. Ale może po kolei.
  Zaczęło się odkąd wybrałam się we wrześniu na pierwszy koncert w pobliskim pubie. Zaczęły się całonocne imprezy, picie, życie od weekendu do weekendu... Oczywiście są też pozytywne strony, między innymi poznałam wiele osób, a część z nich mogę śmiało nazwać przyjaciółmi, którzy, jak już się niedawno okazało, nie zostawią mnie ani nie opuszczą. No i do tego zebrała się fajna ekipa, z którą niejednokrotnie miło spędziłam czas. Niestety też niejednokrotnie z nimi piłam. A jestem osóbką mającą tę smutną przypadłość, że po pijaku odwala głupie akcje, których później żałuje. Do tego nie uczę się na własnych błędach... Swój pierwszy zgon zaliczyłam dwa miesiące po pierwszym koncercie. Rzygałam wszędzie, całowałam się chyba z każdym, z czego oczywiście dumna nie jestem. Na następny dzień miałam totalnego moralniaka. I wtedy obiecałam sobie, że to się więcej nie powtórzy i że ograniczę picie. Nie trzeba było jednak długo czekać na złamanie tejże obietnicy... Nie ma co pisać, tak było w kółko - alkohol, robienie głupot, żal, obietnice, alkohol, robienie głupot etc. I się doigrałam...
  Właśnie w zeszły piątek był koncert dość znanego w okolicy zespołu, który zresztą bardzo lubię. Przed koncertem wypiłam tylko jedno piwo z zamiarem nie upicia się. Po koncercie jednak zaczęło się gadanie z zespołem, kolejne piwo. A potem rozmowy z nim - jednym z kapeli. Był uroczy. Dopiero dzień później dotarło do mnie że upijał mnie na siłę - podsuwał mi jedno piwo za drugim. Coś tam marudził, że nie chce spać w pubie, bo zimno. Po jakimś szóstym piwie większość pamiętam jak przez mgłę. Całowałam się z nim, potem przysnęłam wtulona w niego na kanapie. Gdy się przebudziłam zaproponował pójście spać do pobliskiego hotelu. Niezdolna do podejmowania decyzji zgodziłam się. Przyjaciołom powiedziałam, że idę się przejść. Jak się później okazało, szukali mnie po całej okolicy, gdy zniknęłam. Wynajęliśmy pokój, znaczy on wynajął. Ja zamierzałam się po prostu położyć spać. Niestety stało się inaczej... Wykorzystał mnie, a ja nazajutrz czułam się jak tania dziwka, choć wtedy byłam w takim stanie, że nie miałam nad niczym kontroli.
  Gdy wróciłam do domu oczywiście mama była na mnie wściekła, bo nikt nie wiedział co się ze mną dzieje, potem okazało się, że byłam w hotelu, zamiast wrócić ze znajomymi, do tego telefon rozładowany. Nie powiedziałam jej, co stało się w samym hotelu... Całą sobotę przespałam, bo nie mogłam wytrzymać sama ze sobą, a to jedynie ratowało mnie od pójścia na dach... Wieczorem opowiedziałam wszystko mojej bratniej duszy. To jedyna osoba, która mnie nie oceniła, a wysłuchała i doradziła co rozbić.
  Teraz jestem w trakcie naprawiania relacji z ludźmi, których zawiodłam i idzie nawet nieźle. Skończyłam na jakiś czas z imprezami i piciem, zresztą mam na to szlaban. Zmieniłam trochę myślenie. Chyba dopiera ta trauma po piątkowej nocy ustawiła mnie do pionu. Zobaczymy na jak długo...
  Piszę to, by opowiedzieć swoją historię. Może będzie ona dla kogoś przestrogą, że nawet z zabawą nie można przeginać. I by nie ufać zanadto obcym, przyjaciół zaś szanować i nie zawodzić ich. Bo czyjeś zaufanie naprawdę ciężko jest odbudować.
  Powiem jeszcze tylko, że w końcu po tym zdarzeniu zaczęłam rozmawiać z mamą i zrozumiałam, jak bardzo zniszczone są nasze relacje. Staramy się je teraz naprawić, w sobotę po raz pierwszy od bardzo dawna ją szczerze przytuliłam. Mam nadzieję, że nam wyjdzie, w końcu to najbliższa mi osoba, zna mnie całe życie. Muszę dać jej dostęp do swojego świata, zamiast się izolować ;)
  BO GDY SIĘGNIESZ DNA, JEDYNA DROGA PROWADZI W GÓRĘ!

poniedziałek, 5 maja 2014

Czerwone kreski na ręku...

Jak byłam w podstawówce, wśród moich znajomych były populane wierszyki typu ,,Jedna żyletka, jedna żyła, jedno cięcie, jedna chwila", albo ,,Proste cięcie, moja krew, moje życie, moja śmierć"... Wgl, popularne było wszystko, co wiązała się z cięciem, bezdennym smutkiem etc. Przecież to było takie emosiaste!
Wiele dziewczyn też się w tamtych czasach cięło, niektórym do dziś to zostało. Chociaż, jak to dzieci w piątej, szóstej klasie, nie miało większych problemów, jako takich. Robiły to, bo było modne. Wiem, że w niektórych gimnazjach też występuje taka moda: dzieciaki tną się na przerwach, wszystkie jak leci. Przychodzą zakrwawione na lekcje i nie pomagają skargi nauczycieli, rozmowy dyrektorów z rodzicami, czy nawet komisje wychowawcze. Sama słyszałam, o przypadku takiej szkoły.
Wielu z nas kiedyś na pewno się pocięło. A to, bo koleżanki przezywają, a bo to chłopak zostawił, dziewczyna odeszła, rodzice się drą, nauczyciel się uwziął... Przyczyn jest mnóstwo, jednak większość dałoby się rozwiązać bez samookaleczania.
Więc dlaczego ludzie się tną?
W wielu przypadkach, jak już wspominałam, dla szpanu. ,,O patrzcie jak mi źle!". W innych, by zwrócić na siebie uwagę, najczęściej rodziców. Niektórzy widzą to też w ten sposób, że ból cielesny, czyli zewnętrzny może zagłuszyć ten wewnętrzny. Inni twierdzą, że im to po prostu pomaga. No, są jeszcze psychopaci i masochiści, ale to inna historia. I możecie mnie teraz hejtować, ale wiem, że to wcale nie pomaga.
Spójrzmy na to z tej strony: jeśli ktoś nas rani, to dlaczego jeszcze my ranimy swoje ciało, sami się karzemy? Przecież nie zrobiłeś/zrobiłaś sobie nic złego, tylko ktoś. Nie oznacza to, że jemu masz coś robić, ale też nie oznacza, że masz krzywdzić siebie. Wiele blizn zostaje do końca życia.
Niektóre osoby tną się np. na nogach, żeby nie było widząc, zaś niektórzy wręcz przeciwnie. Wystarczy poszukać, a można też w sieci znaleźć w sieci blogi, na których autorzy publikują zdjęcia swoich ran, lub nawet całego, zakrwawionego ciała, "ozdobionego" toną szram i blizn.
No dobra, może trochę rozumiem osoby tnące się (z wyjątkiem przesadyzm€, o którym pisałam przed chwilą). Sama też niejednokrotnie cięłam się, może nie na okrągło, czasem, z różnych powodów, ale to przeszłość. I choć jeszcze niekiedy mam ochotę zatopić zimne ostrze w skórze, poczuć ból i zobaczyć kropelki krwi, powoli wypływające z rany, a potem zbierające się w ciepłą, czerwoną stróżkę, która odwróci moją uwagę od bólu, gniewu, czy smutku, to wiem, że to i tak nie pomoże, raczej zaszkodzi. I jest to tylko efekt chwilowy. Nie chcę ględzić na temat możliwości zakażenia et cetera, choć na to też powinno się zwrócić uwagę.
Przede wszystkim chcę prosić, byście tego nie robili, to wam nie pomoże. Musicie postawić się swoim problemom, poszukać pomocy, ale nie uciekać do krzywdzenia własnej osoby. Do siebie trzeba mieć szacunek. W necie możecie znaleźć naprawdę dużo rad, można też z kimś pogadać. Nawet na czacie, byle tylko ta osoba nas nie pogrążyła. W każdym razie, wie, że osobom, które się tną, jest z reguły źle, nie radzą sobie, ale szczerze potępiam samookaleczanie.
Więc, drogi czytelniku, zanim weźmiesz do ręki żyletkę, czy inną ostrą rzecz, zastanów się, czy nie da się zrobić nic innego, czy to konieczne, co ci to da. Zrób mały bilans... I serio, to nie wygląda fajnie, jak ktoś idzie z rojem czerwonych kresek na ręku. To nie jest fajne, a jeśli ktoś z twoich "przyjaciół" tak twierdzi, radzę, odetnij się od tych osób, bo ta znajomość do niczego dobrego nie doprowadzi.
Nie chcę robić kazań. Pewnie i tak jak ktoś to czyta myśli sobie "bla, bla, bla, pieprzy głupoty, a na niczym się nie zna". Ale wiem co mówię i wiem, że da się z tym skończyć, mam to za sobą i chcę pomóc. :)
Pewnie jeszcze kiedyś poruszę ten temat, ale jak na razie to koniec. Pomyślcie nad tym ;]

sobota, 22 marca 2014

Być sobą...

"Pozostanie sobą, to słowo, wytrych
ciągły balans, życie należy do sprytnych."


Jakoś nie za bardzo przepadam za Mezem, ale te słowa (na kawałku Grupy Operacyjnej, której kiedyś słuchałam ;]) zapadły mi w głowie. Być sobą... Ostatnio miałam o tym prezentacje na lekcji [ahh, ta etyka], dałam ludziom wiele do myślenia :D Główne pytania:
- Co to znaczy być sobą?
- Czy bycie sobą jest ważne?
- Jakie maski najczęściej przybierają ludzie? Czy są tego świadomi? W jakich sytuacjach zakładają „maskę”?
- Ludzie wciąż zakładają maski, upodobniają się do innych, naśladują, udają kogoś kim nie są, a zapominają o tym kim są. Czy świadczy to o tym, że wyjątkowość wymiera?
- Jak być sobą?

Na chyba żadne z tych pytań niestety nie udało nam się jednoznacznie odpowiedzieć. W internecie też można znaleźdź wiele rzeczy na ten temat, ale są głownie albo totalnie sprzeczne, albo nielogiczne. Oczywiście zdarzają się stale powtarzające teksty, np:
-nie ulegać innym
-mieć własne zdanie
-...i nie bać się o nim mówić
-być naturalnym
-nie robić niczego pod presją
-nikogo nie udawać
-robić to, co chcemy a nie to co inni
-nie wstydzić się tego kim jesteśmy
-postępować wg własnych przekonań
-nie zważać na zdanie innych
-być osobą wyjątkową, jedyną w swoim rodzaju
-żyć wg własnego uznania, mieć swój styl itp.
-nie zmieniać się dla kogoś, lub przez kogoś
-mieć do siebie szacunek
-nie mówić czegoś z czym się nie zgadzamy, tylko dla aprobaty otoczenia
Myślę że z większością się zgadzam, ale w sumie nigdy ten temat tak dogłębnie nie myślałam. Nie, wróć! Myślałam, ale nie wyciągnęłam konkretniejszych wniosków. Wiem tylko, że nie potrafię być sobą, i przyznaję się do tego. Ciągle kogoś naśladuję, mam zbyt niskie poczucie własnej wartości. Niestety.
Niektórzy twierdzą, że bycie sobą jest niemożliwe; że żyjąc w społeczeństwie nie jesteśmy w stanie zdefiniować indywidualności jednostki. Każdy stara się ukryć swoje wady, pokazać się z jak najlepszej strony. Dlatego używamy masek. Przed rodzicami jesteśmy dziećmi, przed nauczycielami uczniami, przed przyjaciółmi staramy się być "wporzo" itd. Największą maską jest uprzejmość. Używamy jej mechanicznie, chociażby gdy kogoś poznajemy, staramy się o pracę, czy przepuszczamy staruszkę w autobusie (choć to wydaje mi się robi niewiele osób). Maski są nieuchronne. Wiele osób chce się dopasował do reszty, żeby nie być "innymi".
Znam jedną osobę, która JEST SOBĄ. Jedną. Dziewczyna zawsze mówi co myśli, mówi zresztą o wszystkim, nawet najbardziej prywatnych rzeczach, jeśli o nie zapytasz. Jest szczera, nie ma tajemnic. Śmiało wyraża swoje poglądy, robi co che, nie myśli o tym co powiedzą inni, nie dba o to czy będą się z niej śmiali albo coś. W sumie zazdroszczę jej. Szukam też jakiejś swojej drogi do bycia sobą. Życzcie mi powodzenia ;]
Wiem, że niewyczerpałam tematu, miałam jeszcze sporo napisać, ale wiecie, milion myśli na sekundę. No i nie chcę pisac za dłuuugo ;] Wrócę jeszcze do tego tematu. Kiedyś :D

wtorek, 17 grudnia 2013

Taki tam cytat...

"To jest twoje życie. Rób to co kochasz i rób to często. Jeśli czegoś nie lubisz, zmień to. Jeśli nie lubisz swojej pracy, rzuć ją. Jeśli brakuje ci czasu, przestań oglądać telewizję. Jeśli szukasz miłości swojego życia, przestań. Ona będzie na ciebie czekać kiedy zaczniesz robić rzeczy, które kochasz. Przestań nadmiernie wszystko analizować. Wszystkie emocje, uczucia są piękne. Kiedy jesz, doceniaj najmniejszy kąsek. Życie jest proste. Otwórz swój umysł, ramiona i serce na nowe rzeczy i ludzi, jesteśmy jednością w swojej różnorodności. Spytaj osobę, którą teraz spotkasz o jej pasję i podziel się z nią twoim inspirującym marzeniem. Podróżuj często. Zagubienie się pomoże ci w odnalezieniu siebie. Niektóre szanse przytrafiają się tylko raz w życiu, wykorzystuj je. W życiu chodzi o ludzi których spotykasz na swojej drodze i o wszystko co z nimi możesz stworzyć. Więc idź i twórz. Życie jest krótkie. Żyj swoimi marzeniami i ubierz się w swoją pasję."

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Szukam...

Jestem inna.
Muszę to zaakceptować.
Być sobą. To życie

Nie płakać.
Za kogoś.
Nie przy kimś.
Uczucia.
Nie łzy.
Nie na pokaz.
Też śmiech.
Radość. Złość. Miłość. Nienawiść.
Nie słabość.
Próbować pokonać.
Siebie.Innych.
Dać raę.
Nie wykitować.

Widzieć plusy. I minusy.
Obiektywizm.
Myślenie. Uczucia, emocje.
Ludzie, ale też ja.
Chwila, dla siebie. Dla innych.
Ale nie wszystkie.

Zapomnieć. Pamiętać.
Czysta selekcja.
Niesubiektywna.
Otwarta, szczera.

Piękno i chwile.
Ulotność.
Czy umiem kochać?
Jak? Dlaczego?
Nie wiem...
Uciekam.
Gdzie? Po co?
Nie mogę.
Wracać.
Do czego?

Kim jestem?
Nie powiesz.
Nie możesz.
Szukam.
Kiedy znajdę?

poniedziałek, 18 listopada 2013

Muzyka, czekolada i żelki *.*

... ewentualnie jeszcze ciepła kołderka - z tego głównie składa się moje życie :D

Ciepła kołderka przydaje się głównie jesienią i zimą, nienawidzę zimna. I gdy jesień jeszcze jakoś w miarę lubię, szczególnie gdy dopiero się zaczyna - liście spadają z drzew, otaczają mnie ciepłe kolory na drzewach, słońce świeci jasno, a deszcz pada stosunkowo rzadko; zimę znoszę ciężko. Nienawidzę mrozu, jak kłuje w twarz, aż chce się płakać, trzeba ubierać na siebie tysiące warstw, gdzie ja wolę nosić koszulki bluzy i dżinsy. Jedynym jak dla mnie plusem zimy jest śnieg, i to też nie zawsze. Lubię jak jest puszysty, biały i miękko pokrywa wszystko dookoła, natomiast nienawidzę, zresztą chyba jak każdy, gdy jest mokry, zamarznięty, brudny i ciapowaty. A ponieważ tak jest ostatnio zawsze, nienawidzę zimy.

Co do żelków,kocham je po prostu prawie ponad wszystko. Nie zapomnę jak by łam w siódmym niebie, jak ciocia przywiozła mi z Niemiec 8 duuuużych paczek Haribo .Cieszyłam się jak małe dziecko normalnie :D Najlepsiejsze są zielone misie ♥ Mogłabym je jeść i jeść, no, oczywiście co za dużo to nie zdrowo... ;]

Czekolada. Najlepsza rzecz, jaką można zjeść. Kocham ją pod wieloma postaciami, aczkolwiek nie lubię produktów czekoladopodobnych, błeee ;[ No nie wiem co jeszcze napisać, po prostu ją uwielbiam, nawet czytałam o niej książkę, i wgl czekolada jest czadowa, co widać niestety po mnie ;P

No i muzyka. Tak naprawdę o muzyce mogłabym rozprawiać godzinami... Słuchawki to najlepszy sposób na odstresowanie się. Słucham różnej muzyki, może kiedyś napiszę o tym posta... Tak naprawdę od reggae, przez m.in. hip-hop, rap, pop rock, reggaeton, punk rock nawet czasem się napatoczy, czy też muzykę elektroniczną aż do post-hardcore'u. Tak naprawdę to właśnie muzyka określa mnie i zawsze przy mnie jest ;] Chciałabym z nią wiązać swoją przyszłość, niestety brak ludzi, sprzętu, a przede wszystkim TALENTU.

Podsumowując, muzyka, czekolada żelki, ciepła kołderka i może ktoś kochany, kogo obecnie nie mam, wydają mi się takimi wyznacznikami chwili szczęścia, no i oczywiście pokarmem dla mojego okropnego i potworrrnego lenia ^^ Niestety nie mam na niego patentu :(

poniedziałek, 28 października 2013

Nie zapomnę nigdy...

Trochę mojej twórczości na języku polskim...

_______________

Świt nadchodził piechotą powoli ze wschodu. Rude promienie słońca zaczynały leniwie padać na bloki, choć noc jeszcze nie odeszła. Ciemna i gwieździsta sunęła wolno po bezchmurnym niebie goniona błękitem dnia. Trawy pachniały, a rosa delikatnie moczyła stopy. Ptaki rozśpiewały się swymi najpiękniejszymi pieśniami, a poranny lipcowy wietrzyk powiewał, poruszając liśćmi jakby do rytmu... Idąc ze smyczą w ręku, wsłuchiwałam się w tę piękną melodię, obserwowałam, jak wszystko budzi się do życia. Leśna droga fala spływała na ulicę, więc poddałam się tej fali. Czułam na plecach ciepłe języki światła. Na zachodniej części nieba gwiazdy coraz bardziej ustępowały błękitowi. Trawy lekko falowały. Wir letniego poranka wciągnął mnie, zatonęłam w nim bez pamięci. Zaczynało ogarniać mnie szczęście. Rześkie powietrze bez oporu wlewało się do mych płuc, dając mi z każdym wdechem dawkę pozytywnej energii. Mój pies biegał radośnie wokół mnie, jego futro wilgotne było od rosy. Szłam, nie wiedząc gdzie, podziwiając urok poranka, patrząc na niebo przechodzące nieustanne metamorfozy. Patrzyłam na wszystko wokół mnie niczym w kalejdoskop, w którym stałe zmiany wprowadzały skomplikowany porządek budzącej się łąki. Noc już uciekła zapomniana, choć nie do końca... Nie ma co tęsknić, wróci wieczorem, gdy słońce zechce pójść spać. Droga już gdzieś zniknęła, wokół mnie była tylko łąka. Położyłam się na lekko wilgotnej trawie, wpatrując się w niewielkie obłoczki, z pewnością nie zapowiadające deszczu, których kolor powoli zmieniał się z liliowego na śnieżnobiały. Świeże powietrze wypełniało me płuca jak i umysł niczym upajający narkotyk. Trawa wciąż falowała, ptaki śpiewały, a wiatr szumił delikatnie. Muzyka pieściła uszy... Zdecydowawszy się na dalszy spacer spostrzegłam, iż nie wiem, gdzie się znajduję. Zaczęłam biec ile sił w kierunku, z którego wydawało mi się, że przybyłam. Sen na łące prysnął, dopiero teraz zauważyłam mijający czas. Las wciąż wirował wokół mnie, jednak juz nie napawał mnie radością. Kilka razy zgubiłam drogę, jednak w końcu znalazłam znajomą ulicę. Wróciwszy do domu zakończyłam mój wyjątkowy spacer. aczkolwiek pięknego ,,snu" tego poranka nie zapomnę nigdy...

sobota, 12 października 2013

Sens życia...

Wiem, temat troszkę oklepany, aczkolwiek, tak jakoś mi przyszedł do głowy ;] Wielu z nas szuka jakiegoś sensu życia... Wielu go nie widzi. A czy w ogóle takowy istnieje? Kiedyś słyszałam taką teorię, że żyjemy po to, by przyszłym pokoleniom żyło się lepiej. Tylko tak, primo: nie zawsze to wychodzi; w sumie na dzień dzisiejszy niszczymy naszą planetę, więc przyszłe pokolenia będą raczej żyły na śmietniku. Niby są tam jakieś próby oczyszczania, aczkolwiek marne, zresztą o tym w innym poście. Secundo: Nadal nie ma to jakiegoś głębszego sensu, w końcu każde pokolenie przeminie. W sumie, skoro życie człowieka jako gatunku ma swój początek, musi mieć, jak wszystko, swój koniec. Kiedyś raczej wyginiemy, może zdominowani przez inną rasę, może doprowadzimy do samozagłady. Więc skoro i tak nastanie koniec homo sapiens, jaki jest sens tej teorii? Niektórzy twierdzą, że ,,wartość" życia danej osoby zależy od tego, jak się zasłużył dla społeczeństwa. Jak dla mnie jest to totalna bujda. Nie jest tak, że ktoś może być zbędnym zbieraczem powietrza, każdy się przyda, jeśli chce, oraz jeżeli społeczeństwo da ku temu możliwości. Dodam iż społeczeństwo według mnie nie ma prawa nadawać i odbierać sensu życia. Choć niby humanum est animal sociale (człowiek jest istotą społeczną) to osobiście znam kilka osób, które potrafią normalnie samodzielnie funkcjonować, przy jak najmniejszej ingerencji w społeczeństwo i tak samo niewielkim odzewem. Więc ta teoria także raczej nie jest sensowna. Spotkałam się jeszcze z wieloma teoriami wyznaczania i wartościowania sensu życia, aczkolwiek, szczerze powiedziawszy, nie chce mi się ich opisywać. Natomiast ja sądzę, iż tak naprawdę chyba każdy sam musi znaleźć swój sens życia, niezależnie od innych. Jest to wyznaczanie sobie celów, mogą być niewielkie, takie łatwiej osiągnąć. Gdy człowiek wyznacza sobie wiele małych celów, łatwiej mu je osiągnąć, przez co redukuje liczbę porażek do minimum. Dalekosiężne cele często nas przerastają, lub po prostu nam się nudzą. Jednak, by dążyć do celu, którym może być np. rozwijanie zdolności, jakieś osiągnięcie społeczne, zawarcie więzi czy chociażby szczęście w rodzinie, trzeba wierzyć, że się uda. Bez wiary nie da się do niczego dojść. Trzeba wierzyć w siebie i być wytrwałym (szkoda że mi troszkę tego brakuje :P). Także jak dla mnie sensem życia jest wiara. Jest konieczna by chcieć żyć, by mieć sens w tym życiu, by przy każdej porażce mówić ,,jutro będzie lepiej”.

piątek, 11 października 2013

Nyu blog - na start!

Hermetyczny - szczelnie zamknięty. Świat, do którego nie ma dostępu. A jednak nie do końca. Posty... No coż, nie będą codziennie. Nie będą dotyczyć imprez, chłopaków czy plotek. Nie znajdzie się tu milion słit foci... Od razu mówię że nie jest to też jakiś blog zaryczanej tnącej się zagubionej dziewczynki trzymającej żyletkę pod poduszką. Czasem się gubię fakt, może też czasem podobnie się zachowuję, aczkolwiek to nie jest tematem bloga. W sumie ciężko znaleźć mi temat jako taki... To po prostu moje spojrzenie na świat, z zarysem mnie. Nie chodzi mi o to, żeby pokazać, jaka to ja nie jestem, tylko raczej o to, by ktoś, kto ewentualnie by to czytał, mógł mnie troszeczkę poznać. Poznać moje zdanie na różne tematy, jak i mój tok myślenia. Może ktos go nawet zrozumie :D Komentarze będą przyjmowane, a nawet mile widziane, aczkolwiek tylko te napisane w sposób asertywny i stosowny. Także hejtowanie nie ma sensu. Powiem tak: i tak ci to w życiu nic nie da, jak kogoś nawyzywasz w necie. To chyba tyle, jak cos ewentualnie jeszcze wyjdzie w praniu, to na pewno napiszę... :D